Hazza pov
"Trudne dni w życiu nastają, dni samotności. Bo właśnie samotność jest najgorsza."
Samotność. Samotność. Samotność. To jedyne słowo, które określa moje życie. Jestem rozdarty. Mieszkam już 3 rok w Londynie, jednak nikogo sobie nie znalazłem. To bardzo... złe, prawda?
Postanowiłem zjeść coś. Otworzyłem lodówkę, niestety nie było w niej moich ulubionych lodów. Cóż, pech. Trzeba się wybrać do sklepu. Ubrałem ciepłą kurtkę i wyszedłem na dwór. Dookoła było biało. Lubię zimę. W sumie kakao, kołderki, kominki nie są złe. Powoli szedłem w stronę najbliższego sklepu, podziwiając piękne, zimowe krajobrazy. Gdy znalazłem się bliżej centrum zobaczyłem człowieka siedzącego pod sklepem człowieka. Niepewnie, ponieważ nie wiedziałem czego się spodziewać, podszedłem do nieznajomego. Zauważyłem, że CHYBA jest nieprzytomny. Był okryty kurtką podobną do mojej, jednak on miał już trochę.. zużytą.
-N.. nic panu nie jest?- Dopiero teraz poczułem strach. A jeśli to jakiś... jakiś.... bandyta?
Chłopak lekko otworzył oczy. Rozejrzał się. Wyglądał na chorego i był blady. Miał jednak takie cudowne iskierki w oczach..
-Nie.. -odpowiedział.
-Jest pan chory... -bardziej stwierdziłem niż spytałem. -Chwileczkę.. -postanowiłem zakupić mu kawę. Wszedłem do sklepu i poprosiłem o ciepłą, ale nie parzącą ciecz. Sprzedawczyni podała mi ją i zapłaciłem. Znów podszedłem do nieznajomego i podałem mu kawę.
-Dziękuję.. -wyszeptał i zaczął pić. Doskonale można było zauważyć jak bardzo się nią delektował.
-Jest pan głodny..? -zapytałem, jednak szybko skarciłem się za to w myślach. Chłopak wyglądał na bezdomnego, chorego i głodnego.
-Trochę.. -odpowiedział i kaszlnął. Nie mogłem go tam tak zostawić. Podniosłem go z ziemi.
-Zapraszam do mnie.. -powiedziałem i ruszyłem w stronę domu. Chłopak szedł niepewnie za mną. Po chwili znaleźliśmy się na tak dobrze znanym mi osiedlu, na którym mieściła się moja willa, potem i w niej. Dałem mu suche ubrania, pokazałem gdzie jest łazienka i zabrałem się za przygotowywanie tostów. Mój "gość" po chwili przyszedł przebrany. Spojrzał łapczywie na tosty.
-J..jak się nazywasz? -zapytał niepewnie w chwili, gdy podałem mu tosty.
-Harry. Harry Styles. A ty? -zapytałem.
-Jestem Louis Tomlinson.. -powiedział i zaczął jeść. Chwilkę przyglądałem się mu.
-A co tam robiłeś..? - zapytałem niepewnie. Nie wiedziałem czego się spodziewać.
-Jestem bezdomny.. -powiedział i spuścił wzrok. Widziałem, że się zawstydził.
-Oh... to.. zostań tu. -zaproponowałem. Nie mogłem go tak zostawić. Na bank umarłby. W jego oczach można było dostrzec iskierki nadziei.
-N..Na prawdę? -zapytał.
-Nie, na żarty. No na prawdę.. -odpowiedziałem z uśmiechem. -A teraz mów co ci dolega, to coś poradzimy. -zachęciłem go. Wzruszył ramionami.
-Coś cię boli może...? -rozmyślałem na głos. Przerwał mi.
-Trochę gardło... Bo na co dzień śpiewam na ulicy dla pieniędzy… -odpowiedział. Dałem mu cholinex.
-Masz. To ci pomoże. I choć, pokażę ci twoją sypialnie i łazienkę. -powiedziałem i pobiegłem na górę. Louis wziął do ust tabletkę i poszedł powoli za mną. Rozglądał się na wszystkie możliwe strony. Zaprowadziłem go do pokoju gościnnego, który od dziś miał być jego pokojem. Na samą myśl poczułem przyjemne ciepło w okolicach brzucha, a na moją twarz wkradł się uśmiech.
-J..jest.. Piękna.. -powiedział i rozejrzał się.
-Cieszę się -uśmiechnąłem się. -Jak będziesz czegoś potrzebować, to jestem na dole.. -poszedłem powoli na schody, jednak przypomniało mi się, że normy kulturowe nakazują zapytania chociaż, czy gość by się nie napił, więc wróciłem.
-Zapomniałem zapytać, chcesz coś pić?
-Nie, dziękuje.. -chłopak siedział na łóżku. Wydawał się być skrępowany.
-Dobrze. Mam nadzieję, że ci się spodoba. -puściłem mu oczko i zszedłem do salonu. Włączyłem pierwszy lepszy kanał na tv i usiadłem na kanapie. Po chwili przyszedł Tomlinson.
Spojrzał na mnie.
-Masz dużo szczęścia w życiu. -stwierdził.
-W czym? W tym że tata jest bogaty? Nie... Wiesz.. On taki jest.. Bo jak mama umarła to stał się pracoholikiem... -to dużo mnie kosztowało.. Na prawdę. Wspomnienia wróciły..
-Przynajmniej masz dach nad głową.. -powiedział Louis. Postanowiłem jak najszybciej przerwać wymianę zdań kierującą się na tor mojej przeszłości, więc sprytnie zmieniłem temat.
-Usiądź, nie krępuj się.. -poklepałem miejsce obok siebie. Niepewnie usiadł.
-Ile masz lat? -zapytał.
-19, a ty?
-21, niedługo 22....
-Uuu, jesteś starszy, możesz mi coś złego zrobić.. -uśmiechnąłem się. Louis przestraszony, że zaraz o wywalę zaczął się tłumaczyć..
-Nie jestem taki..
-Wiem, wiem, śmieję się tylko.. -poszedłem po ciasteczka. Postawiłem je na swoim stoliku od kawy.
-Nie mam ochoty na słodycze, ale dziękuję -odmówił Lou. Wziąłem jedno ciastko.
-Boisz się mnie? -zapytałem.
-Nie..
-Niee?
-A bo co?
-Nie nic.. -na moją twarz wkradł się zadziorny uśmiech.
-A..aha... -jąkał się.
-Co się tak jąkasz? -dziwnie się poczułem po zadaniu tego pytania... Jakbym był jakąś krwiożerczą bestią, a on niewinną sarenką..
-Czuję się nieswojo... -odpowiedział.
-A mogę coś dla ciebie zrobić?
-Nie.. po prostu przyzwyczaiłem się do życia na ulicy.. -zawstydził się.
-A ile tak żyjesz? Jeśli mogę zapytać.. Czemu? -zapytałem. Poczułem taką pewność.... W środku.. Że.. Ona była nie do opisania...
-Miałem długi. Wiesz… A żyję tak.. Nie wiem, długo.
-Przykro mi... -Przytuliłem go. Bałem się odrzucenia....
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Jest pierwszy rozdział. Jeśli Wam się podoba, zostawcie ślad :3
Ily :3 I rozdziały będą dodawane jedynie w weekendy. Nie wiem, czasem 1 na tydzień, czasem 3... zobaczy się. Zapraszam :D
Kom=Szacunek dla autorek
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Jest pierwszy rozdział. Jeśli Wam się podoba, zostawcie ślad :3
Ily :3 I rozdziały będą dodawane jedynie w weekendy. Nie wiem, czasem 1 na tydzień, czasem 3... zobaczy się. Zapraszam :D
Kom=Szacunek dla autorek
TAK MI SIĘ SPODOBAŁO ŻE CZYTAŁAM TO 2 RAZY SERIO HAHAHAHA ~LOUISEK
OdpowiedzUsuń