sobota, 2 listopada 2013

UWAGA!

Nie wiem, czy nie zacząć nowego opowiadania. To mi się nie podoba. Sorry, ale Wy nie komentujecie. Poza tym, mam fajny nowy pomysł. A że jak wiecie piszę to z inną osobą, jakby.... noo... zaszło to za daleko, wszystko stało się za szybko. Piszcie mi opinię. Proszę.

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział 4


 Louis pov 
Szedłem zasmucony ciemnymi ulicami Londynu. Bałem się. Muszę powiedzieć, że się bałem. Po pierwsze, było tak ciemno i zimno, że jeśli miałbym dalej mieszkać na ulicy to zamarzłbym. Po drugie, moja największa, pierwsza, niezapomniana, piękna i co najważniejsze... Nieodwzajemniona miłość wypędziła mnie z domu. Ba, chyba nawet za mną nie poszedł. Nie kocha mnie. Wiem to. I to jest to, co najbardziej boli.
-LOUIS!! LOUIS BŁAGAM! LOU WRÓĆ!! -usłyszałem za sobą Loczka. W moim sercu pojawiła się iskierka nadziei. Odwróciłem się i spojrzałem na chłopaka smutnym wzrokiem.
-Loui, wróć, przepraszam.. -wtulił się we mnie. Poczułem przyjemne ciepło w okolicach brzucha, jednak nie dałem tego po sobie poznać. Lekko się od niego odsunąłem.
-Nienawidzisz mnie. -stwierdziłem. W odpowiedzi dostałem tylko milczenie. Już miałem się odwrócić i odejść, gdy nagle Hazza wydobył z siebie krzyk.
-NIE MÓW MI CO MAM W SERCU I CO CZUJĘ DO LUDZI! JA TO WIEM, ROZUMIESZ!? JA JESTEM PANEM SWOJEGO SERCA! -wykrzyczał na całą ulicę i zaczął płakać. Normalny człowiek uznałby Hazzę za niepoczytalnego i uciekłby. Ale nie ja.
-S..spokojnie..-powiedziałem i niepewnie podszedłem. Przytuliłem chłopaka. W odpowiedzi wziął mnie na ręce i zabrał do domu. Czyżby chciał mi coś przez to powiedzieć?
-Ogarnij się, Tomlinson. Harreh cię nie kocha.. -powtarzałem w myślach. Musiałem na prawdę mocno nad sobą panować, żeby po prostu się na niego nie rzucić..
-Nie wiedziałem gdzie iść jak mnie wyrzuciłeś.. -przyznałem na głos.
-Przepraszam.. -powiedział zmieszany i umieścił lekki, czuły pocałunek na moim policzku. Moja nadzieja znów wzrosła i znów musiałem ją ugasić tamtymi słowami. Coś czuję, że niedługo one staną się jak moje motto życiowe, jak pacież...
-Jakbyś coś chciał jestem na górze.. -powiedziałem i zacząłem wspinać się po schodach. Musiałem sobie wszystko przemyśleć. Najlepiej wziąć długą, odprężającą kąpiel...
-Przytul mnie. -usłyszałem rozpaczliwy ton lokowanego, a po chwili był on już obok. Przytuliłem go mocno.
-Już dobrze? -zapytałem z nadzieją w głosie.
-Nic nie jest dobrze, czuję się sam..
-Masz mnie. -powiedziałem to tak szybko, że praktycznie przerwałem Hazzie.
-Kochasz mnie? Tak jak ja ciebie, bracie? -zapytał z lekkim uśmiechem. Przytaknąłem tylko. Nie umiałem mu powiedzieć prosto w twarz, że kocham go jak brata. Kłamałbym.
Pocałował mnie w policzek. Lekko uśmiechnąłem się na myśl, że może kiedyś nam się uda..
-Kocham cię Lou. -usłyszałem charakterystyczną chrypkę Hazzy. Zrobiłem wielkie oczy.
-Czekaj, co? -zapytałem. Moja nadzieja sięgnęła najwyższego poziomu i nawet nie chciałem jej hamować. Hazza uniósł jedną brew. Zrozumiałem o co mu chodzi.
-Ah, tak.. ja ciebie też. -powiedziałem. Znów byłem smutny. Strasznie.Usiadł na kanapie i posadził mnie na sobie. Wtuliłem się w niego.
-Czujesz się samotny?
-Tak.
-To przestań się tak czuć, masz mnie. -powiedziałem z uśmiechem.
 -A ty mnie. -także się uśmiechnął. -Mam ochotę na loda. -zaśmiał się.
-Mogę iść do sklepu jeśli chcesz..
-Nie, mam na dole... -wziął mnie ze sobą. Jedliśmy lody jak zakochani. Podobało mi się to i dało kolejny fundament mojej nadziei. Nie wiem czemu, kolejny raz nie chciałem robić wszystkiego by nadzieja zniknęła.
-Zachowujesz się dziś jakoś... inaczej.. -stwierdziłem.
-Zawsze jestem taki po zerwaniu. -niczym kula do burzenia, zniszczył tym  kolejne fundamenty. Nie wiem czy mieszkać z nim dalej. Nie wiem, czy to nie za dużo mnie kosztuje.
-Będzie ok... -wypaliłem.
-Czemu jesteś tego taki pewny?
-A czemu nie mam być?
-Bo tak nie będzie, wiesz, ze się zabiję?
-Nie zrobisz mi tego. -przeraziłem się.
-Jestem dla ciebie nikim.
-Jesteś dla mnie jak brat.. -w sumie nie wiem czemu nie wyznałem mu miłości..
-Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.
-Cieszę się z tego powodu. -przytuliłem go.
-Ja też. Bo wiem, że nie pójdziesz. Nigdzie. A jeśli nawet, to cię znajdę.
-Gdyby nie ty to dawno by mnie tu nie było..
-Czemu tak myślisz?
-W zimę byłem bardzo chory..
-Ale ja jestem takim twoim aniołkiem.. zawsze cię obronię. -Nagle zrobiło mi się duszno. Dostałem mdłości.
-Dziękuję -wydusiłem. Miałem ochotę położyć się do łóżka. Najlepiej położyć się i nigdy nie wstawać. Zobaczyłem w oknie Diasy. 

___________________________________
HUHUHUH macie rozdział xd
Nienawidzę tych tygodniowych przerw, ale cóż...
Pewnie będzie 0 komów.. xd
trudno.
ale
prosze
kom=szacunek dla autorek..

sobota, 26 października 2013

Rozdział 3

'-Harry...?
-Tak?
-Kocham cię.. zakochałem się w tobie... '

Obudziłem się zalany zimnym potem. Śniło mi się, że Louis wyznał mi miłość. Poczułem się strasznie, nie odwzajemniałem tego uczucia. Co prawda to prawda, lubię go, ale... nie kocham.
Od rozmyślań oderwał mnie narastający głód. Niepewnie zajrzałem do pokoju Lou. Jeszcze spał. Postanowiłem zrobić nam śniadanie. Wziąłem potrzebne składniki i zabrałem się za naleśniki. Po jakichś 30 minutach było już naleśników dla nas obu, więc zawołałem Louisa.
-Jezu.. To nie był sen..? -usłyszałem cichy głos z jego pokoju.
-Ale co? -zapytałem. Nie zbyt wiedziałem o co mu chodziło, jestem... lekko niekumaty. Szczególnie rano.
-Bałem się że to.. Że ty w ogóle ze mną rozmawiałeś to był sen i znów obudzę się na jakiejś ławce…
-Spokojnie.. to prawda.. -polałem naleśniki syropem klonowym i postawiłem przed Louisem, który przed chwilą przyszedł. 
-Dziękuję. Smacznego. -uśmiechnął się, usiadł i zaczął jeść. 
-Dziękuję. Nawzajem -usiadłem naprzeciwko i także zacząłem jeść. No nie powiem, najgorsze nie wyszły. Podczas posiłku kilkakrotnie przyłapałem Lou na patrzeniu na mnie. 
-Jesteś przystojny -stwierdziłem po jedzeniu. 
-Dziękuję.. ty też..  -spłonął rumieńcem. Jak on słodko się rumieni..
-Nie.. ja wyglądam jak dziecko... -odpowiedziałem. Czy on uważa, że jestem ładny..? 
-Dzieci są urocze.. To znaczy.. Pewnie pomyślisz teraz że jestem jakimś pedofilem.. -wystraszył się. 
-Wiem, że nie jesteś, spokojnie.. -uśmiechnąłem się do niego. Od razu rozluźnił mięśnie. 
-Która godzina..? -zapytał niepewnie. 
-10.00, a co?- zapytałem z ciekawością. 
-Zaraz idę.. -wstał z krzesła i odniósł swój talerzyk do zmywarki. 
-Gdzie..? -czyżby nie zrozumiał, że chcę, aby mieszkał ze mną? 
-Zarabiać.. -powiedział ze smutkiem w głosie. 
-Nie musisz! -powiedziałem. 
-Muszę.. czuję jakbym cię wykorzystywał.. -zasmucił się. Przytuliłem go. 
-Zaśpiewaj mi coś... -uśmiechnąłem się. 
-A..Ale... Co? -znów napiął mięśnie. Zauważyłem, że gdy się denerwuje lub jest przestraszony, napina mięśnie.
-Obojętnie... -wtuliłem się w niego. Zaczął powoli, jednak nie do końca rozluźniać się.
-Ale.. Ja serio nie umiem śpiewać...
-Wierzę, że umiesz...
-Ale...
-Proszę... - zrobiłem słodkie oczy.
-No dobrze... Zaśpiewam "Lego House" Ed'a Sheeran'a... -rozmyślił się.
-Tak, tak, tak! -krzyknąłem zadowolony. Bardzo chciałem usłyszeć jak Louis śpiewa. Wytężyłem zmysł słuchu. Louis odchrząknął, jednak nie zaczął śpiewać.
-Ja.... Wolę śpiewać gdy czuję, że jestem sam... -powiedział nieśmiało. Wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Lou zaczął śpiewać. Był... nieziemski. Po prostu doskonały. Taki delikatny, miękki, a zarazem stanowczy. Piękny, anielski głos.
Po chwili Louis skończył swoją popisową piosenkę.
-I jak? -zapytał. Wszedłem do pokoju i przytuliłem go.
-Idealnie... -wyszeptałem.
-Wcale nie... -odpowiedział.

Kilka kolejnych miesięcy zleciało nam na poznawaniu się, lataniu po wesołych miasteczkach, barach i innych ciekawych miejscach. Pewnego dnia poszedłem na spotkanie z Diasy, swoją dziewczyną.
-Wiesz co? -powiedziała po dłuższej ciszy. Pokręciłem przecząco głową. -Zrywam z tobą Styles. -powiedziała i odeszła. Nie poczułem się źle. Poczułem się wściekły.
Wróciłem zapłakany do domu. W sumie, nie wiem czemu płakałem. Może ze złości. Gdy tylko przekroczyłem próg willi, od razu zobaczyłem Lou.
-Hazza, co się stało? -zapytał z troską w głosie.
-Ona... mnie.. rzuciła... -wykrztusiłem. Lou od razu mnie przytulił.
-Biedaku.. przykro mi... -powiedział wtulając mnie w siebie.
-Nikt mnie nie kocha... Nie chce mi się żyć.. -rozmyślałem na głos.
-Na pewno ktoś cię kocha.. -powiedział Lou i głaskał mnie po pleckach.
-Kto.? -zapytałem z nadzieją.
-Ja... -powiedział... -ja nie wiem -dodał po chwili. W tej chwili coś we mnie pękło. Oderwałem się od Lou, wyjąłem z szafki żyletkę i zacząłem się ciąć.
-Chcesz się zabić i zostawić mnie samego jak każdy?! -krzyknął Louis wyrywając mi żyletkę z ręki. 
-Oddaj to. 
-Nie. 
-WYJDŹ! -krzyknąłem. Nie chciałem tego powiedzieć. To była chwila... nie chciałem. 
Jednak chłopak już wyszedł.


__________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Tadaaa xd
2 komy= next rozdział. 

Nie żartuję. 
Ja mówię serio.
Really. 

Kom=szacunek dla autorek.
Więc komentujcie.
Proszę. 

I teraz tydzień (do piątku) raczej nie będzie rozdziału. Głupia kara. Przepraszam. Mam nadzieję, że się nie zrazicie. <3 

piątek, 25 października 2013

Rozdział 2

Jednak mnie nie odrzucił. Zamiast tego wtulił się we mnie.
-Odbiło mi po 18 urodzinach... Zaczęło się od alkoholu... Wszyscy się ode mnie odwrócili.. -zaszlochał. Położyłem prawą dłoń na jego plecach. Dopiero teraz zauważyłem, że moja koszulka idealnie opina się na jego torsie, ukazując zarys jego mięśni.
-Biedaku.. Współczuję ci... Zaopiekuję się tobą.. Obiecuję.. -powoli i ostrożnie zacząłem jeździć swoją ręką po plecach Tomlinsona. Bałem się, że powie "nie, dość".. Jednak to nie nastąpiło.
-Nie mam nikogo.. Nawet rodziców.. -dodał po chwili. Głos zaczął mu się łamać.
-Masz mnie.... Będę dla ciebie wszystkim kim chcesz i czego potrzebujesz.. -dodałem, gdy tylko skończył zdanie. Uśmiechnął się przez łzy.
-Dziękuję.. -wyszeptał mi w koszulkę, jednak dość głośno abym to usłyszał.
-Nie musisz.. -wtuliłem twarz w jego włosy. Jeszcze chwilę posiedzieliśmy tak. Bełkotał coś do mnie, niestety, nic nie rozumiałem.
Po chwili oderwał się od mojej klatki piersiowej.
-Mieszkasz sam? -zapytał. Nie koniecznie wiedziałem co odpowiedzieć. Nie chciałem skłamać, a jeśli odpowiedziałbym, że sam to pomyślałby, że jestem jakimś pedałem... A tak nie jest..
-Tak, jedynie czasem Diasy do mnie przychodzi. -odpowiedziałem. Uniósł jedną brew do góry.
-Kto...? -zapytał niepewnie.
-Diasy. Moja dziewczyna. -wzruszyłem ramionami. Radosne, błogie iskierki zniknęły z jego oczu. Nie dał jednak tego po sobie poznać.
-Aaa... masz fajnie... -powiedział. Jednak widać było, że tak nie myśli.
-Z czym? -lekko uśmiechnąłem się.
-Masz osobę która cię... kocha -wypluł to słowo niczym jad -pieniądze, duży dom, pewnie jakiś fajny samochód... -wymieniał. Zdziwił mnie tylko sposób, w jaki reaguje na miłość. Czy to coś złego według niego?
-Lamborghini.. I "kocha" -zrobiłem nawias w powietrzu. Jak na znak, na twarzy Louisa pojawił się uśmiech, jednak szybko go zakrył.
-No widzisz... ja nie doceniałem tego co miałem i zobacz co mnie spotkało.. -powiedział niepewnie.
-Ale ja cię znalazłem. I nie zostawię cię. -uśmiechnąłem się. Lou mi zawtórował. Miał śliczny uśmiech. Taki lekki, niepewny, a mówiący wszystko za razem. On był po prostu prześliczny.
-Masz śliczny uśmiech -wyrwało mi się. Lou od razu spłonął rumieńcem.
-Nie prawda.. -uśmiechnął się pod nosem.
-Prawda. -zaśmiałem się.
-Dawno nikt mi tak nie powiedział.. -przerwał chwilową ciszę między nami.
-Bo ja jestem wyjątkowy -wypiąłem dumnie pierś.
-Inny niż wszyscy -powiedział z rozmarzeniem w oczach. Czyżby Lou bujał w obłokach?
-Nie. Każdy by tak zrobił. -sprowadziłem go na ziemię, ruszając mu ręką przed twarzą.
-Ehh.. Wszyscy omijali mnie szerokim łukiem.. -powiedział i spuścił głowę w dół. Niepewnie złapałem go za podbródek i skierowałem jego wzrok na swoje oczy.
-Nie rozumiem jak można być takim debilem. -wykrztusiłem. Widziałem to, że Louis lekko się mnie wystraszył. Przytuliłem go. Poczułem, że rozluźnia mięśnie.
-Żyjemy w XXI wieku. Teraz nikt nie lubi takich ludzi jak ja. -posmutniał.
-Ja cię bardzo lubię. -odpowiedziałem.
-Serio? -zapytał z nadzieją.
-Tak - uśmiechnąłem się do niego.
-Też cię lubię. -odpowiedział. -Bardzo. -uśmiechnął się szeroko. -Mogę prosić o szklankę wody? -odchrząknął.
-Tak, tak, pewnie..-pobiegłem po wodę dla niego. Wlałem pół szklanki i podałem Tomlinsonowi.
-Dzięki -zaczął powoli pić przeźroczystą ciecz.
-Spoko... wiem, że jestem głupi, ale dobra woda? -zaśmiałem się.
-Tak. I nie jesteś głupi.
-Jestem..
-Nie prawda.
-A po czym wnioskujesz, że nie jestem?
-Nie wyglądasz na takiego.
-Nie ocenia się książki po okładce. -riposta goniła ripostę. Po chwili oboje wybuchnęliśmy śmiechem. -Nie wiesz o mnie dużo. -dodałem, gdy już się trochę uspokoiliśmy. Puściłem mu oko (MOGĘ PRZYSIĄDŹ, ŻE SIĘ ZARUMIENIŁ!) i poszedłem do swojego pokoju.
-Harry poczekaj. -zawołał mnie.
-Tak? -Zatrzymałem się przy schodach.
-Dziękuję. -uśmiechnął się słodko.
-Za co? -zapytałem.
-Za to, że mnie przygarnąłeś.. -odpowiedział lekko zmieszany i położył swoją dłoń na karku. -Dobranoc -dodał.
-Słodkich snów. -ukazałem dołeczki i odszedłem w głąb długiego, ciemnego korytarza.

________________________________
TATATATATATATATATATATATTATATATA!! XD
Nie uważam, żeby mi to jakoś wychodziło xd
Wiecie co? Zaczynam szantaż (muhahahah xd) 1 kom= next rozdział.
Czytasz= komentujesz. BŁAGAM !! :3

Rozdział 1


Hazza pov
"Trudne dni w życiu nastają, dni samotności. Bo właśnie samotność jest najgorsza." 
Samotność. Samotność. Samotność. To jedyne słowo, które określa moje życie. Jestem rozdarty. Mieszkam już 3 rok w Londynie, jednak nikogo sobie nie znalazłem. To bardzo... złe, prawda?
Postanowiłem zjeść coś. Otworzyłem lodówkę, niestety nie było w niej moich ulubionych lodów. Cóż, pech. Trzeba się wybrać do sklepu. Ubrałem ciepłą kurtkę i wyszedłem na dwór. Dookoła było biało. Lubię zimę. W sumie kakao, kołderki, kominki nie są złe. Powoli szedłem w stronę najbliższego sklepu, podziwiając piękne, zimowe krajobrazy. Gdy znalazłem się bliżej centrum zobaczyłem człowieka siedzącego pod sklepem człowieka. Niepewnie, ponieważ nie wiedziałem czego się spodziewać, podszedłem do nieznajomego. Zauważyłem, że CHYBA jest nieprzytomny. Był okryty kurtką podobną do mojej, jednak on miał już trochę.. zużytą.
-N.. nic panu nie jest?- Dopiero teraz poczułem strach. A jeśli to jakiś... jakiś.... bandyta?
Chłopak lekko otworzył oczy. Rozejrzał się. Wyglądał na chorego i był blady. Miał jednak takie cudowne iskierki w oczach..
-Nie.. -odpowiedział.
-Jest pan chory... -bardziej stwierdziłem niż spytałem. -Chwileczkę.. -postanowiłem zakupić mu kawę. Wszedłem do sklepu i poprosiłem o ciepłą, ale nie parzącą ciecz. Sprzedawczyni podała mi ją i zapłaciłem. Znów podszedłem do nieznajomego i podałem mu kawę.
-Dziękuję.. -wyszeptał i zaczął pić. Doskonale można było zauważyć jak bardzo się nią delektował.
-Jest pan głodny..? -zapytałem, jednak szybko skarciłem się za to w myślach. Chłopak wyglądał na bezdomnego, chorego i głodnego.
-Trochę.. -odpowiedział i kaszlnął. Nie mogłem go tam tak zostawić. Podniosłem go z ziemi.
-Zapraszam do mnie.. -powiedziałem i ruszyłem w stronę domu. Chłopak szedł niepewnie za mną. Po chwili znaleźliśmy się na tak dobrze znanym mi osiedlu, na którym mieściła się moja willa, potem i w niej. Dałem mu suche ubrania, pokazałem gdzie jest łazienka i zabrałem się za przygotowywanie tostów. Mój "gość" po chwili przyszedł przebrany. Spojrzał  łapczywie na tosty.
-J..jak się nazywasz? -zapytał niepewnie w chwili, gdy podałem mu tosty.
-Harry. Harry Styles. A ty? -zapytałem.
-Jestem Louis Tomlinson.. -powiedział i zaczął jeść. Chwilkę przyglądałem się mu.
-A co tam robiłeś..? - zapytałem niepewnie. Nie wiedziałem czego się spodziewać. 
-Jestem bezdomny.. -powiedział i spuścił wzrok. Widziałem, że się zawstydził.
-Oh... to.. zostań tu. -zaproponowałem. Nie mogłem go tak zostawić. Na bank umarłby. W jego oczach można było dostrzec iskierki nadziei.
-N..Na prawdę? -zapytał. 

-Nie, na żarty. No na prawdę.. -odpowiedziałem z uśmiechem.  -A teraz mów co ci dolega, to coś poradzimy. -zachęciłem go. Wzruszył ramionami.
-Coś cię boli może...? -rozmyślałem na głos. Przerwał mi.
-
Trochę gardło... Bo na co dzień śpiewam na ulicy dla pieniędzy… -odpowiedział. Dałem mu cholinex. 
-Masz. To ci pomoże. I choć, pokażę ci twoją sypialnie i łazienkę. -powiedziałem i pobiegłem na górę. Louis wziął do ust tabletkę i poszedł powoli za mną. Rozglądał się na wszystkie możliwe strony. Zaprowadziłem go do pokoju gościnnego, który od dziś miał być jego pokojem. Na samą myśl poczułem przyjemne ciepło w okolicach brzucha, a na moją twarz wkradł się uśmiech.
-J..jest.. Piękna.. -powiedział i rozejrzał się.
-Cieszę się -uśmiechnąłem się. -Jak będziesz czegoś potrzebować, to jestem na dole.. -poszedłem powoli na schody, jednak przypomniało mi się, że normy kulturowe nakazują zapytania chociaż, czy gość by się nie napił, więc wróciłem.
-Zapomniałem zapytać, chcesz coś pić?
-Nie, dziękuje.. -chłopak siedział na łóżku. Wydawał się być skrępowany.
-Dobrze. Mam nadzieję, że ci się spodoba. -puściłem mu oczko i zszedłem do salonu. Włączyłem pierwszy lepszy kanał na tv i usiadłem na kanapie. Po chwili przyszedł Tomlinson.
Spojrzał na mnie.
-Masz dużo szczęścia w życiu. -stwierdził.
-W
 czym? W tym że tata jest bogaty? Nie... Wiesz.. On taki jest.. Bo jak mama umarła to stał się pracoholikiem... -to dużo mnie kosztowało.. Na prawdę. Wspomnienia wróciły..
-Przynajmniej masz dach nad głową.. -powiedział Louis. Postanowiłem jak najszybciej przerwać wymianę zdań kierującą się na tor mojej przeszłości, więc sprytnie zmieniłem temat.
-Usiądź, nie krępuj się.. -poklepałem miejsce obok siebie. Niepewnie usiadł. 

-Ile masz lat? -zapytał. 
-19, a ty?
-21, niedługo 22.... 

-Uuu, jesteś starszy, możesz mi coś złego zrobić.. -uśmiechnąłem się. Louis przestraszony, że zaraz o wywalę zaczął się tłumaczyć.. 
-Nie jestem taki.. 
-Wiem, wiem, śmieję się tylko.. -poszedłem po ciasteczka. Postawiłem je na swoim stoliku od kawy. 
-Nie mam ochoty na słodycze, ale dziękuję -odmówił Lou. Wziąłem jedno ciastko.
-Boisz się mnie? -zapytałem. 

-Nie..
-Niee?
-A bo co?
-Nie nic.. -na moją twarz wkradł się zadziorny uśmiech.
-A..aha... -jąkał się.
-Co się tak jąkasz? -dziwnie się poczułem po zadaniu tego pytania... Jakbym był jakąś krwiożerczą bestią, a on niewinną sarenką..
-Czuję się nieswojo... -odpowiedział. 

-A mogę coś dla ciebie zrobić?
-Nie.. po prostu przyzwyczaiłem się do życia na ulicy.. -zawstydził się.
-A
 ile tak żyjesz? Jeśli mogę zapytać.. Czemu? -zapytałem. Poczułem taką pewność.... W środku.. Że.. Ona była nie do opisania... 
-Miałem długi. Wiesz… A żyję tak.. Nie wiem, długo.
-Przykro mi... -Przytuliłem go. Bałem się odrzucenia....


~*~*~*~*~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Jest pierwszy rozdział. Jeśli Wam się podoba, zostawcie ślad :3
Ily :3 I rozdziały będą dodawane jedynie w weekendy. Nie wiem, czasem 1 na tydzień, czasem 3... zobaczy się. Zapraszam :D
Kom=Szacunek dla autorek